Data wpisu: 2019-03-18
Przemyślenia na temat symptomów więzi traumatycznej, które dostrzegam niestety dopiero po latach. Tkwiąc w bagienku nie sposób zauważyć swoich nielogicznych zachowań. To, co nazywamy największą miłością naszego życia, jest zwykłym szwindlem zaburzonego człowieka. To przerażające, że nasz związek jest w całości reżyserowany przez toksyka, a my gramy w nim jedynie wyznaczoną dla nas rolę. Ale do rzeczy.
Mój logiczny umysł nie godził się na ten związek. Wiedziałam, że z każdym dniem pogarsza się mój stan psychiczny. Poprzez stosowaną przez niego przemoc emocjonalną moja samoocena i pewność siebie spadały. Czułam się nieatrakcyjna, beznadziejna, brakowało mi sił, by się temu przeciwstawić. Walka, odpieranie zarzutów, porównywanie mnie z innymi kobietami w fazie degradacji nie miało końca. Narcyz wygrał – uwierzyłam, że nie zasługuję na miłość, a toksyczny, pełen przemocy związek to wszystko na co mnie stać. Wyprana z uczuć i emocji, tonąc w bezsilności wyciągnęłam białą flagę. Przyjmowałam z pokorą wszystko co mi dawał – porcje słodkości i wiadro goryczy.
Wewnętrznie pogodziłam się z tym, co mnie spotyka. Byłam zrezygnowana. Jedyną rzeczą, która podnosiła moje poczucie własnej wartości były jego powroty. Tłumaczyłam sobie, że chyba nie jestem taka zła, skoro wraca. Nie rozumiałam jeszcze jego motywacji. W ostatecznym rozrachunku okazało się, że te powroty z miłością i docenieniem mnie nie miały nic wspólnego. Pisałam o tym tutaj: Narcystyczne etykietki dla wielokrotnych narzeczonych..
Natrętne myśli. To był totalny obłęd. W fazie destrukcji, kiedy zrywał kontakt, wpadałam w dziwny trans. Nie potrafiłam przestać o nim myśleć. Jego zdjęcia oglądałam godzinami. Tysiące razy dziennie sprawdzałam komunikatory, maila, telefon. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym. Stał się moją obsesją. Często mi się śnił. Czasem w przyjemny, częściej w bardzo nieprzyjemny sposób. To były realistyczne sny, które miały w sobie część horroru. Po przebudzeniu długo nie potrafiłam dojść do siebie.
Szukałam winy w sobie. To on mnie tego nauczył. Za każdym razem gdy odchodził analizowałam swoje zachowanie. Potrafiłam czepiać się szczegółów, np. ostatnio nosiłam czerwoną bluzkę, a on przecież mówił, że nie lubi czerwonego. Obwiniałam się za wszystko co powiedziałam, a co mogło zabrzmieć dwuznacznie. Czyniłam sobie wyrzuty za to, że zbyt często dzwoniłam, więc poczuł się osaczony. Za to, że dzwoniłam zbyt rzadko, więc poczuł się samotny.Znajdowałam ogrom błędów w swoim postępowaniu i postanawiałam dla niego się zmienić.
Zakłamywanie rzeczywistości. Powiedzmy sobie szczerze – po latach toksycznego związku zmieniłam się nie do poznania. Straciłam radość życia, nie uśmiechałam się tak często jak wcześniej. W fazie destrukcji te zmiany były najbardziej widoczne, byłam rozdrażniona, zapłakana, zaniedbana. Osoby, które znały mnie od dziecka doskonale dostrzegały te zmiany. Zwracali mi na to uwagę, pytali co się ze mną dzieje. Zawsze znalazłam stosowną wymówkę, by usprawiedliwić swój niewyjściowy wygląd.
Obrona przez atak. Nic tak nie wyprowadzało mnie z równowagi jak krytyka pod adresem mojego toksyka. Ludzie z zewnątrz dostrzegali jego niepokojące zachowania i mówili o tym głośno. Zdarzało mi się pokłócić i zerwać kontakt z osobą, która ośmieliła się skrytykować mojego narcyza.
Narcystyczne lusterko. Całe moje życie stało się zwierciadłem mojego związku. Jeżeli trwał miesiąc miodowy – unosiłam się metr nad ziemią i tryskałam dobrym humorem. W fazie degradacji – byłam rozdrażniona, zestresowana. W fazie destrukcji – zrozpaczona. Żyłam tym związkiem. Jeżeli było między nami źle, to choćbym była na najbardziej udanej imprezie z przyjaciółmi, nie byłam w stanie się nawet uśmiechnąć. Narcyz sterował moim samopoczuciem, nastrojem, stanem emocjonalnym. Odbiło się to na wszystkich aspektach mojego życia. O to mam do siebie ogromne pretensje. Potrafiłam być chłodna dla bliskich mi osób, wyłącznie z powodu tego, że przeżywałam aktualnie „swój prywatny dramat”.