Data wpisu: 2019-03-19
Wielokrotnie próbowałam zakończyć swoją relację z narcyzem. Kilkadziesiąt razy postanawiałam sobie *to koniec*. Przy podejmowaniu tej decyzji byłam kierowana różnymi pobudkami, jednak zdołałam wcielić ją w życie tylko 3 razy. Z czego dwa razy nieskutecznie.
Przez długi czas okłamywałam siebie, że zdołam znaleźć strategię, która pozwoli mi ulepszyć mój związek. Są i takie materiały w sieci. Z perspektywy czasu wiem, że jedyną opcją, by uratować siebie jest zakończenie toksycznej relacji. Każda forma sterowania zachowaniem swoim, czy toksyka jest jedynie przedłużaniem agonii. Teraz na instruktaże sugerujące zmianę podejścia do związku, do toksyka, obchodzenie się z nim jak z jajkiem, uważam za nieporozumienie. Tak jakby chory na w pełni uleczalną, choć śmiertelną chorobę przychodził do lekarza, a ten mu mówił: „Nie chcesz wyzdrowieć? Dobrze, to twój wybór. Jest słuszny. Dam ci zatem kilka rad, byś był zdrowy przez te kilka tygodni, aż do śmierci”.
To droga do nikąd. Ty albo narcyz. Dwie możliwości, trzeciej nie ma. Nie wiem jak silnym psychicznie trzeba być, żeby wytrzymywać cyklicznie wręczane bilety na karuzelę. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, że można to ignorować. Pamiętaj, że nawet najsilniejszy człowiek ma swoją granicę wytrzymałości. A narcyz dąży właśnie do tego, by tej granicy dotknąć… i notorycznie ją przesuwać.
Wiele razy zawiodłam się sama na sobie. Tak właśnie kończy się przysięganie sobie, że już nigdy więcej nie pozwolę mu wrócić. Mojemu narcyzowi mówiłam dokładnie to samo – ostrzegałam go i przysięgałam mu. Z tego powodu było mi najbardziej wstyd.
„Jeszcze raz przyłapię cię na kłamstwie i nie będziesz miał dokąd wracać” – mówiłam. Prędzej czy później jego kłamstwo wychodziło na jaw. Chwilę byłam wściekła, ale on zawsze potrafił mnie ugłaskać. Próbowałam zapomnieć o tym co sobie i jemu obiecałam. Myślałam sobie *przecież małe kłamstwo nie może zniszczyć tak wielkiej miłości*. Małe owszem. Ale delegacja, która w rzeczywistości okazała się być dwoma dniami w hotelu z inną kobietą, to raczej nie jest małe kłamstwo. Dewaluowałam jego przewinienia. Toksyk wspaniale mi w tym pomagał stosując Gaslighting.
Konkretnie określiłam granicę swojego bólu i upokorzenia, po której przekroczeniu miałam zakończyć związek. Zrobiłam to na samym początku relacji i robiłam to ponownie, z każdym jego powrotem. Te granice były systematycznie przesuwane przez narcyza. Kiedy miałam wrażenie, że dłużej nie jestem w stanie cierpieć, toksyk udowadniał mi, że się mylę. Przykręcał śrubę jeszcze bardziej, ranił mnie bardziej boleśnie. Wprost dawał mi do zrozumienia, że kolejna dana mu przeze mnie szansa jest dla niego niczym. Moje uzależnienie od niego było na tyle silne, że wyrzekłam się swojej godności. Starałam się przymykać oko na jego przewinienia. Czasem nawet udawałam, że nie widzę tego, co się dzieje, żeby nie wszczynać kłótni. By nie dawać mu powodu do wdeptania mnie w ziemię. Byłam tak osłabiona walką o związek i o siebie, że wolałam udawać greka. Wydawało mi się, że każda kolejna walka z nim będzie tą ostatnią – byłam tak poraniona, że najmniejszy cios mógł okazać się śmiertelny.
Z doświadczenia wiem, że walka o lepsze jutro i o wyjście z toksycznego związku to bieg z przeszkodami. Upadamy, wstajemy i tak mnóstwo razy. Aż w końcu przychodzi ten dzień, kiedy wiemy, że to jedyne wyjście. Naszą jedyną szansą pozostaje bycie silną i ogromna wiara w to, że wszystko się ułoży. Ta siła nie rodzi się ot tak. Rodzi się w naszym sercu stopniowo, dzień po dniu. A swój początek ma w bólu zadawanym przez toksyka.
*Każdy dzień bez kontaktu jest Twoim zwycięstwem.* Taką dewizę przyjęłam za swoje motto przy wychodzeniu z bagienka. Zadziałało.
Pisząc ten post jestem zrozpaczona. To jak zachowywałam się w relacji z toksykiem, dla kobiety w zdrowym związku jest kompletnie niezrozumiałe. Dlatego tak często ofiary toksycznych związków podlegają wtórnej wiktymizacji. Sama byłam kiedyś krytycznym głosem, wobec kobiet tkwiących w przemocowych związkach. Pewnie to nauka od losu. Musiałam poznać gorzki smak toksycznego związku, bym nigdy więcej nie pomyślała *tkwiła w tym na własne życzenie*.